✫ ODLEGŁOŚĆ: ok. 10 km
✫ CZAS PRZEJŚCIA: kilka godzin
✫ TRUDNOŚĆ: 2/5 (zimą więcej)

Zakole Sanu w okolicy Dydiowej to miejsce nadzwyczaj urocze. Od strony „ukraińskiej” z trzech stron oddzielone rzeką, od strony „polskiej” zaś – górą, Dydiowską Kiczerą.

Warto przy tej okazji powiedzieć czym są te wszędobylskie i obcobrzmiące Kiczery, Magury czy Berda. Otóż są to pozostałe, w zasadzie już tylko w nazwach, ale i w ludowej kulturze, obecności Wołochów. Odbyli oni długą wędrówkę wzdłuż Łuku Karpat, gdzieś z Bałkanów, a może i z dalsza, tak aby na koniec osiąść i w „naszych” górach, mieszając się przy tym z rodzimym żywiołem.

Do 2. Wojny Światowej miejscowość zamieszkiwali w większości Bojki, tutejsi górale, nazywani też wspólnie z Hucułami czy Łemkami Rusinami. Wieś w 1921 roku liczyła 930 mieszkańców w 155 domach. Znaczna ich większość znajdowała się po wschodniej stronie Sanu, tam też stała cerkiew i folwark. Po wysiedleniu na tereny ZSRR nie pozostał tutaj nikt a nadsańskie łąki zaczęły na powrót zarastać.

Bardzo ciekawe były tutejsze obyczaje, opisywane choćby przez żonę Iwana Franki, Olgę: „chaty zamieszkiwane były dość często przez 2 czy 3 rodziny, tworząc strukturę rodową bądź klanową”. Aleksander Kuczera pisał m.in. „Kiedy zmarły został złożony do trumny i przykryty wiekiem, sypano na jej czterech rogach sól. Rodzina obchodziła trzy razy trumnę dookoła, każdorazowo zlizując sól. Wierzono, że to doskonałe lekarstwo przeciwko złym duchom”.

Nie sposób tutaj wymienić wszelkich, niezwykle ciekawych niuansów dotyczących tego miejsca. Na to będzie z pewnością miejsce podczas wycieczki. W czasie jej trwania odwiedzimy z pewnością Dydiowską Jamę, jedną z większych jaskiń w Bieszczadach, a także powędrujemy za tropami  drapieżników, dla których te bezludne tereny są prawdziwą Mekką. Nadarzy się niejedna okazja by popracować z mapą i kompasem, ale także sprawdzić swój traperski ekwipunek. Zapraszamy.