Do wielu z Was dotarły zapewne doniesienia o tragicznym zdarzeniu na najwyższym szczycie Tatr - Gerlachu. Tego rodzaju wiadomości są zawsze pożywką dla wszelakich mediów, nie powinno więc nikogo dziwić, że i tym razem nie stało się inaczej. Jednakże sztuka, której udało się dokonać jednemu z "redaktorów" internetowego portalu zasługuje z całą pewnością na osobny tekst. Mowy nie będzie jednak o samym wypadku, a o dziennikarskiej rzetelności albo raczej jej braku. Na wspomniany artykuł natknąć się można na portalu podhale24.pl, i stąd też pochodzi zamieszczony wyżej zrzut ekranu. Jestem jednak niemal pewien, że nie tylko tutaj spotykałem takie kwiatki. Tak to bywa, kiedy do tłumaczenia doniesień zagranicznych mediów używa się google translatora i w żaden sposób nie weryfikuje otrzymanych wyników.

W cytowanym artykule ze wszech miar zaintrygowała mnie "Gerlachowska Tarcza". Moja przygoda z Tatrami trwa już blisko 30 lat, jak dotąd jednak nie spotkałem się nigdy z podobnym toponimem. I można by pewnie położyć to na karb niewiedzy, człowiek w końcu uczy się przez całe życie, jednakże akurat masyw Gerlacha jest mi raczej dobrze znany, przez co cała sprawa tym bardziej nie dawała spokoju. Początkowa hipoteza o "literówce", bądź też nieudolnemu spolszczeniu jakiejś słowackiej nazwy trafiła bardzo szybko do kosza. Niczego podobnego w okolicy a i w całych Tatrach nie sposób znaleźć. O cóż więc innego mogło chodzić?

Spróbowałem zatem inaczej. Po niezbyt długich poszukiwaniach ustaliłem, że tarcza w języku słowackim to "štít", przy czym słowo to, podobnie jak w polszczyźnie, posiada kilkanaście odmiennych znaczeń. Ale google translator zna tylko jedno z nich - właśnie tarczę. Stąd blisko już do rozwiązania zagadki. Gerlachovsky štít, czyli Gerlachowski szczyt, bowiem tak w języku słowackim brzmi jego pełna nazwa, przetłumaczony został w jedyny możliwy przy użyciu translatora sposób, właśnie na Gerlachowską Tarczę. Ostatecznie mogło być jeszcze zabawniej, bowiem innym znaczeniem tego słowa jest "zdjęcie rentgenowskie". Niewiele więc zabrakło abyśmy w prasowych doniesieniach przeczytać mogli o wypadku na... "Gerlachowskim Rentgenie".

Na koniec odniosę się tylko jeszcze do "koryta Batizowa" czyli oczywiście Batyżowieckiego Żlebu (Batizovský žľab). Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu "redaktora", trzeba bowiem wiele zaparcia aby nie skojarzyć bardzo podobnie brzmiącego w obu językach słowa "żleb". Można też było usłyszeć je po raz pierwszy w życiu. Ja jednak skłaniam się ku wersji, że nikt z "redakcji" już przetłumaczonego tekstu nie wysilił się nawet przeczytać. Gdyby okazało się jednak inaczej, śmiało można wówczas mówić o szczycie głupoty. Szczycie wyższym niż Gerlach.